* z perspektywy Angeliki *
Obudziłam się na kanapie w towarzystwie trójki moich przyjaciół... Czy to mnie dziwi? Ani trochę. Można się było spodziewać, że wszyscy tu zaśniemy, ale o dziwo brakowało między nami Harrego. Ziewnęłam cicho i rozejrzałam się. Oho... Czyli Hazzy jednak nie zabrakło. Po prostu spadł na ziemię. Dziwne, że podczas upadku się nie obudził. Westchnęłam cicho i leniwie podniosłam się z kanapy. Swoje kroki na dobry początek pokierowałam do kuchni.
-Co tam śpiochu?-powitał mnie wesoły głos Kingi. Mruknęłam tylko niezadowolona i usiadłam przy stole kuchennym.
-Stało się coś? Wyglądasz na niezbyt szczęśliwą.-stwierdziła Kidżi, a ja tylko wzruszyłam ramionami i wyjrzałam za okno. Na dworzu panowała niezbyt wesoła pogoda. Niebo było całe zachmurzone, a na ziemię spadały krople deszczu. Powiedzcie mi proszę, kto w taką pogodę ma być wesoły? Niechętnie wstałam od stołu i podeszłam do okna opierając się o szafki kuchenne. Obserwowałam ludzi, którzy szybkim krokiem szli przed siebie trzymając w ręku parasol i tych którzy na głowie mieli zarzucony kaptur. Każdy z tych ludzi dokładnie wiedział gdzie i po co idzie. Zapewne żaden z nich nie wybrał się na poranny spacer w deszczu.
-Powiedz mi... Dlaczego mam być szczęśliwa skoro otaczający mnie świat wcale nie jest wesoły?-zapytałam bardziej sama siebie i westchnęłam cicho.
-Dawno nie widziałam cię w takim nastroju... Na pewno nic ci nie jest?-dopytywała blondynka, a ja pokiwałam przecząco głową. Odwróciłam się w jej stronę i przyglądałam się jej poczynaniom z pełną powagą wymalowaną na twarzy. Z salonu usłyszałam jakiś pomruk niezadowolenia, a po chwili w wejściu do kuchni pojawił się zaspany Lou. Miał w połowie przymknięte oczy, a jego włosy żyły własym życiem.
-Ja idę tam.-powiedział tylko i po chwili zniknął mi z pola widzenia. Uśmiechnęłam się lekko i przewróciłam oczami.
-Czyżby tylko on potrafił zagłuszyć tą wszechobecną podłość świata?-zapytała Kinga i uniosła jedną brew ku górze. Jej głos wyrwał mnie z zamyślenia, a na mojej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.
-Nie.-mruknęłam oschle i ponownie odwróciłam się do okna. Kidżi westchnęła głośno i dalej zajmowała się przygotowywaniem śniadania. Od tego momentu przyjaciółka nie odezwała się do mnie ani razu i w sumie to dobrze. Przynajmniej mogę rozmyślać w spokoju. Po chwili ktoś poczochrał mi włosy i objął mnie od tyłu.
-Marchewciuuuuu...-powiedział cicho Louie i oparł głowę na moim ramieniu.
-Co się stało?-zapytałam spokojnie i zerknęłam na niego kątem oka.
-Marchewki się skończyły.-mruknął i zmarszczył czoło.
-Zaraz po nie pójdę.-oznajmiłam tylko i wymusiłam lekki uśmiech.
-Dzięki. Jesteś wielka.-powiedział Lou i w podskokach wypruł z kuchni. Kidżi spojrzała na mnie pytająco i uniosła jedną brew ku górze. Wzruszyłam tylko ramionami i udałam się powoli do swojego pokoju. Zajrzałam do szafy i wyjęłam z niej pierwsze lepsze ciuchy, po czym udałam się do łazienki. Szybko ogarnęłam się i przebrałam. Kiedy wyszłam z łazienki większość osób była już pobudzona. Najprawdopodobniej nie czekał ich zbyt miły rodzaj pobudki, ponieważ z dołu dało się usłyszeć jakieś krzyki i pojedycze warknięcia. Kiedy zeszłam na dół ubrałam moją ulubioną szarą bluzę, buty i zgarnęłam moją torebkę, by po chwili wyjść z domu i skierować się prosto do najbliższego sklepu. Na szczęście nie miałam daleko i już po pięciu minutach byłam na miejscu. Od razu zgarnęłam marchewki, które miałam kupić Louisowi i udałam się do kasy. Zapłaciłam i po chwili ponownie szłam szybkim krokiem do domu. Kiedy weszłam do środka cała hołota znajdowała się w salonie. Przemknęłam niezauważona do kuchni i schowałam marchewki do lodówki.
-Louie!-wykrzyknęłam z kuchni, a po chwili szatyn stał już przy mnie z wielkim uśmiechem wymalowanym na twarzy.
-Co jest marchewciu?-spytał grzecznie Lou, a ja wskazałam mu palcem na lodówkę i uśmiechnęłam się szeroko.
-Marchewki!-pisnął uradowany Louis i natychmiast mnie przytulił.
-Zaraz mnie zabijesz.-wydusiłam i odepchnęłam go od siebie. Zaśmiałam się pod nosem i przewróciłam oczami, a on nadal zacieszał się swoimi marchewkami. Wyszłam z kuchni i udałam się prosto do salonu. Usiadłam na fotelu i uśmiechnęłam się szeroko.
-Co tam poteflonki?-zapytałam.
-A nic ciekawego... Coś ty nagle taka wesoła? Czyżby smutek otaczającego cię świata poszedł w niepamięć?-zapytała Kinga i uniosła jedną brew ku górze.
-A idź ty z tym smutkiem świata... Gadałam jakieś głupoty, a ty mnie słuchałaś.-oznajmiłam i machnęłam lekceważąco ręką.
-Mam marchewki!-wykrzyknął Louis wbigając do salonu z marchewką w ręce.
-No to zajebiście Lou.-powiedział Hazza i uśmiechnął się do niego.
-No przecież wiem.-odparł mu szatyn i przewrócił oczami.
-Byłam w sklepie.-palnęłam nagle.
-A mi coś kupiłaś?-zapytał Niall, a ja pokiwałam przecząco głową.
-A idź ty...-mruknął oburzony blondyn, a ja uśmiechnęłam się wesoło.
-Włączcie telewizor.-zarządziłam i wskazałam na pilota, który leżał obok Harrego. Loczek chwycił pilota i włączył telewizor. Od razu rozbrzmiały dźwięki dobrze znanej mi piosenki, a dokładniej Justin Bieber - Baby.
-O ja pierdzielę... Oni nadal puszczają to gówno.-jęknęłam niezadowolona.
-Ani mi się waż tak mówić!-warknął Niall i wyrwał Harremu pilota z ręki, aby przypadkiem nikt nie przełączył kanału. Zatkałam uszy i czekałam aż ta okropna piosenka się skończy. Po krótkiej chwili puścili następną dobrze znaną mi piosenkę.
-Śpiewałeś mi to wczoraj!-wykrzyknęłam i spojrzałam na Lou z uśmiechem. Ten tylko wzruszył ramionami.
-Nasze piosenki są lepsze od piosenek Biebera.-stwierdził Liam, a ja potwierdziłam to energicznym skinieniem głowy.
-What makes you beautiful!-darł się Nialler i zaczął skakać po łóżku.
-Everyone else in the room can see it, Everyone else but you...-zaśpiewał Hazza i zaczął szaleć razem z naszym blond żarłokiem. Już po chwili wszyscy chłopcy skakali i cieszyli się jak małe dzieci, a my oczywiście razem z nimi. Każdy śpiewał, albo raczej wykrzykiwał słowa piosenki.
-O nie... Skończyło się.-mruknął niezadowolony Lou, kiedy puścili następną piosenkę.
-Nie martw się... Jeszcze kiedyś nas puszczą.-powiedział Zayn i poklepał szatyna po plecach.
-Zayn ma rację.-wtrąciła Karotka, a ja przewróciłam oczami.
-Według ciebie to on ma zawsze racje.-burknęłam i zrobiłam zniesmaczoną minę.
-A masz z tym jakiś problem?-zapytała Karotka i uniosła jedną brew ku górze.
-Tak, kurde mam!-warknęłam i spojrzałam na nią spod byka.
-Weź się ogarnij... Masz humory jak baba w ciąży.-powiedziała Kidżi i zmarszczyła czoło.
-Może masz racje... A z resztą nie! Nie masz racji!-warknęłam i tupnęłam nogą, a po chwili się roześmiałam.
-Z nią jest chyba coś nie tak.-powiedział cicho Hazza.
-Ja się nią zajmę.-stwierdził Lou i podszedł do mnie z uśmiechem.
-W jakim sensie?-spytał Harry i poruszył brwiami.
-Leczniczym.-odpowiedział szybko Louis, a loczek roześmiał się głośno.
-Jeśli jesteś psychiatrą to najpierw zajmij się nim.-oznajmiłam i wskazałam na Harrego, który natychmiastowo się uspokoił.
-Normalni nastolatkowie nie zachowują się tak jak my.-stwierdziła nagle Alicja.
-Zachowujemy się jakbyśmy mieli około dziesięciu lat.-dodał po chwili Lou, a Ala przytaknęła mu skinieniem głowy.
-No i co z tego? Za to nas kochają.-wtrąciła Karotka i wyszczerzyła się wesoło. Ala wzruszyła tylko ramionami i nic więcej już nie powiedziała.
-My i tak jesteśmy pro.-wtrącił Nialler i uśmiechnął się.
-No oczywiście, że tak!-oznajmił podekscytowany Zayn.
-Zaraz wracam!-wykrzyknęłam nagle i wyprułam do mojego pokoju. Kiedy już znalazłam się w moim pokoju kompletnie nie pamiętałam po co tu przyszłam. Nie ma to jak moja super niezawodna pamięć, co nie?
-Po co tu przyszłaś?-zapytał Louie, który właśnie zamknął za sobą drzwi.
-Nie pamiętam.-odparłam szczerze i wzruszyłam ramionami.
-Fajnie wiedzieć.-powiedział szatyn i zaśmiał się.
-Ej... Nie śmiej się ze mnie brzydalu.-mruknęłam niezadowolona i szturchnęłam go w ramię.
-Wczoraj mówiłaś, że ci się podobam, a dzisiaj to jestem już brzydal?-zapytał Louie i uniósł jedną brew ku górze.
-Eee... Yyy... Aaa... No wiesz...-powiedziałam i zrobiłam minę filozofa.
-Oczywiście, że wiem... Wszystko zrozumiałem z twojego przekazu słownego.-odparł chłopak i pokiwał głową marszcząc czoło.
-Nie moja wina!-warknęłam i pokazałam mu język.
-No pewnie, że nie twoja. To wszystko jest moja wina. Jestem zbyt głupi, by pojąć twoje skomplikowane wypowiedzi słowne.-powiedział Louis.
-Dokładnie.-powiedziałam i pokiwałam głową, by potwierdzić moje słowa.
-A teraz pamiętasz po co przyszłaś?-zapytał po chwili, a ja pokiwałam przecząco głową.
-Jestem dziwna... Chodźmy na dół.-mruknęłam i zbiegłam szybko do salonu.
-Co przynieśliście?-zapytał Hazza.
-Nic. Nie pamiętałam po co tam poszłam.-wyjaśniłam i wzruszyłam ramionami.
-Masz bombową pamięć.-stwierdził Liam.
-No, a jakże by inaczej. Moja pamięć jest niezawodna.-powiedziałam i zarzuciłam dumnie włosami.
***
-Pogoda jest już ładna.-stwierdził Louis.
-No i co z tego?-zapytałam i uniosłam jedną brew ku górze.
-Idziemy pograć w badmintona!-wykrzyknął i zaczął machać mi rakietkami przed twarzą.
-W sumie to moglibyśmy, ale pewnie jest jeszcze mokro.-próbowałam się w jakikolwiek sposób wykręcić. Nie to, że nie chciałam z nim grać. No skąd... Po prostu nie mam zbytniej ochoty wychodzić na dwór.
-Sprawdzałem i wcale nie jest już tak mokro. No chodź...-powiedział i pociągnął mnie za rękę.
-Ugh... Okej.-mruknęłam i przewróciłam oczami. Po kilku minutach byliśmy już na podwórku.
-Ja zaczynam.-powiedział i uśmiechnął się szeroko.
-No to zaczynaj, geniuszu.-mruknęłam i przewróciłam oczami. Louis podrzucił lotkę do góry i zamachnął się po czym odbił do mnie. Gra szła nam całkiem dobrze aż do pewnego momentu. Lou odbił do mnie lotkę, a ja z całej siły zamachnęłam się by w nią trafić. Niestety, ale w stronę Lou zamiast lotki poleciała moja rakietka i trafiła go prosto w głowę. Szatyn złapał się za głowę.
-Co to miało być?! Chcesz dokonać zamachu na moje biedne życie?!-wykrzykiwał oburzony, a po chwili wbiegł do domu cały czas coś wykrzykując. Od razu wbiegłam za nim do domu.
-No i wtedy ona uderzyła mnie rakietką w głowę!-tłumaczył wszystkim Lou.
-To było niechcący.-wyjaśniłam pojawiając się w salonie.
-Jak to niechcący? Jak to niechcący?!-pytał z coraz większym oburzeniem.
-Normalnie!-wykrzyknęłam i tupnęłam nogą.
-Zrozumiałem, że można powiedzieć coś niechcący, ale żeby uderzyć kogoś niechcący rakietką od badmintona?! Toż to niesłychane!-krzyczał wymachując rękami.
-Najwyraźniej ten ktoś zasługiwał na uderzenie.-mruknęłam pod nosem i strzeliłam focha.
-No i teraz to ty się będziesz gniewać?! Ty to jesteś jakaś nienormalna, kocie!-wydarł się Tomlinson i spojrzał na mnie zabójczym wzrokiem.
-Nie jestem kotem i nie jestem nienormalna.-odburknęłam i rozsiadłam się na kanapie.
-Zamknijcie się wreszcie!-wykrzyknął zdenerwowany Liam. Spojrzałam na niego zdziwiona tak jak każdy w tym pomieszczeniu.
-To ty umiesz się złościć?-zapytałam z nieukrywanym zdziwieniem, a on tylko strzelił facepalma i zaczął gadać coś pod nosem.
-Coraz więcej osób załamuje się przez nasze zachowanie.-stwierdził Lou i usiadł obok mnie.
-Dokładnie. Chyba stajemy się jeszcze gorsi.-powiedziałam i spojrzałam na niego z powagą. Po chwili obydwoje uśmiechnęliśmy się i przybiliśmy piątkę.
-A wy już pogodzeni?-zapytał zdziwiony Liam.
-Liam, Liam, Liam... Głupiutki, mały Liam... My nigdy długo się na siebie nie gniewamy.-powiedziałam i poklepałam go po plecach.
-Oni nie są normalni.-powiedział Liam do reszty naszego towarzystwa. Ci tylko potwierdzili jego wypowiedź skinieniem głowy.
* z perspektywy Karoliny *
-Hej Hazzuś. Co porabiasz?-zapytałam wpadając uśmiechnięta do kuchni.
-Wynocha z mojej kuchni!-wykrzyknął Harry i zaczął wymachiwać słomką.
-Nie to, że coś, ale to mój dom.-powiedziałam i zaśmiałam się. Mina Harrego w tym momencie - bezcenna.
-No to w takim razie możesz zostać.-stwierdził Harry i zaczął podkładać słomkę pod palnik.
-Emm... Co ty wyprawiasz?-zapytałam i uniosłam jedną brew ku górze.
-Spalam słomkę. Pacz jak fajowo się jara.-powiedział loczek i uśmiechnął się szeroko.
-Zaraz się poparzysz. Zgaś to.-oznajmiłam stanowczo.
-Za chwilę.-mruknął Harry i machnął lekceważąco ręką.
-Dawaj to.-powiedziałam i wyrwałam mu słomkę z ręki. Zaczęłam nią machać żeby zgasić ogień, ale ogień niestety nie chciał ze mną współpracować.
-To się pali!-pisnął Hazza i wyrwał mi słomkę z ręki. Zaczął na nią dmuchać, ale nie dawało to pożądanych rezultatów. W końcu słomka wypadła mu z ręki i wylądowała na naszej firance.
-Zgasiłeś to?-zapytałam patrząc na niego, a on pokiwał przecząco głową.
-Ej ty! Ta firanka się zaczyna palić!-wykrzyknął Harry i natychmiastowo zaczął dmuchać i machać rękami przy naszej firance. Podbiegłam do niego i zaczęłam robić to samo co on. Kto by pomyślał, że przez to firanka będzie szybciej się palić.
-Machaj nią, machaj!-krzyknął Harry i zaczął ciągnąć za firankę. Ta po chwili spadła mu na głowę.
-AAA! PALĘ SIĘ!-wykrzyczał loczek i zaczął biegać po całej kuchni.
-Pomogę ci!-krzyknęłam i rozejrzałam się po kuchni w poszukiwaniu czegoś do ugaszenia tego mini problemu.
-Ratunku!-darł się Hazza i wybiegł z kuchni.
-Czekaj!-krzyknęłam za nim. Z szafki pod zlewem wyciągnęłam małą gaśnicę, która szczerze mówiąc nie wiem jak się tam znalazła. Pytacie czemu po prostu nie wzięłam wody? Może dlatego, że woda w kranie kompletnie nie chce lecieć! W każdym bądź razie natychmiastowo pobiegłam za Harrym próbując opanować działanie gaśnicy. Udało mi się to akurat w salonie po którym z krzykiem biegał Hazza.
-Stój!-krzyknęłam i zaczęłam go gonić oczywiście z włączoną gaśnicą. Nie ma to jak inteligencja. Loczek darł się wniebogłosy do czasu aż nie wbiegł na ścianę. Natychmiastowo znalazłam się przy nim razem z moją wierną przyjaciółką gaśnicą. Po chwili nasz miniaturowy pożar zgasł, a ja z dumą stałam nad biednym Harrym.
-Co to kuźwa miało być?!-zapytał nieźle wkurzony Zayn.
-Bo niechcący podpaliła nam się firanka w kuchni.-odpowiedziałam niepewnie. Louis i Andzia natychmiastowo wybuchnęli głośnym śmiechem, a reszta spiorunowała ich spojrzeniem.
-Jak mogła NIECHCĄCY podpalić się wam firanka?!-zapytała podenerwowana Alicja.
-No właśnie!-potwierdził Liam.
-No, bo to przez słomkę.-odpowiedziałam, a oni spojrzeli na mnie z miną w stylu WTF?
-Rzuciłem podpaloną słomką w firankę.-wtrącił Hazza, który właśnie stanął obok mnie.
-Po co ty to robiłeś do srebrnej łyżeczki?!-zapytał Liam.
-To niechcący.-wyjaśnił Harreh, a ja zaniosłam się śmiechem.
-I to cię tak bawi?-zapytał Ala i zmarszczyła czoło, a ja pokiwałam twierdząco głową.
-Wy nie jesteście normalni, nigdy nie byliście i nigdy nie będziecie.-stwierdziła Agata, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Alicja z Liamem spojrzeli na siebie wymownie, a po chwili obydwoje wzięli się za sprzątanie zrobionego przez nas bałaganu. Ja z Hazzą za to rozsiedliśmy się na kanapie i razem z całą resztą oglądaliśmy jakąś komedię. Powiem szczerze, że film nie był za ciekawy, bo po chwili mi się przysnęło.
***
Obudziłam się i zobaczyłam, że oczy całego naszego towarzystwa są skierowane na mnie.
-Dobrze, że się obudziłaś, bo ktoś musi iść do sklepu.-oznajmił nagle Lou.
-A dlaczego akurat ja mam tam iść?-zapytałam i uniosłam jedną brew ku górze.
-Bo podpaliłaś firankę. Jest teraz na niej taka mała wypalona dziura.-wtrąciła Ala.
-A dlaczego Harry nie pójdzie?-spytałam i westchnęłam cicho.
-Jak chcesz to może iść z tobą.-powiedział Louis.
-Nie. Wolę iść sama.-stwierdziłam i podniosłam się z kanapy-Co mam kupić?-zapytałam.
-Eee... Cukier!-wykrzyknął nagle Lou i pstryknął palcami.
-Okej.-powiedziałam i ruszyłam w kierunku korytarza. Ubrałam buty, wzięłam moją torebkę i już po chwili kierowałam się do sklepu. Zastanawiam się tylko po co im ten cały cukier, ale okej... Podczas drogi do sklepu każdy się na mnie dziwnie patrzył, szeptał coś między sobą i uśmiechał się dziwacznie. Nie bardzo wiem o co tym ludziom chodzi, ale do każdego z nich grzecznie się uśmiechałam. Kiedy już weszłam do sklepu i kupiłam cukier natychmiastowo zawróciłam w stronę domu. Znowu każdy się na mnie dziwnie patrzył i podśmiewał, a ja nie mam pojęcia dlaczego!
-Mam cukier!-wykrzyczałam kiedy znalazłam się już na korytarzu. Uśmiechnięta wbiegłam do salonu, ale nikogo tam nie było.
-Jesteśmy w kuchni!-odkrzyknęła Ala, a ja uśmiechnięta wbiegłam do kuchni i położyłam cukier na blacie. Całe nasze towarzystwo wybuchnęło głośnym śmiechem, oprócz Louisa, który był za bardzo zajęty spożywaniem swojej kanapki.
-Przejrzyj się w lustrze.-wydukał Zayn, a ja natychmiastowo pobladłam. Szybko wybiegłam z kuchni i pobiegłam do łazienki, by przejrzeć się w lustrze. Miałam napisane na prawym policzku Kocham Zayna, a na lewym Harry mnie podbieca. Na czole za to miałam narysowaną marchewkę.
-Kto to zrobił?!-wydarłam się na całe gardło i jak burza pojawiłam się w kuchni.
-To Louis!-krzyknęła Andzia i wskazała na szatyna, który niczym się nie przejmował i dalej konsumował swoją kanapkę.
-Czy ciebie doszczętnie powaliło?!-zapytałam wkurzona, a on wzruszył ramionami przeżuwając swoją kanapkę. Wściekła zacisnęłam palce na talerzu, który aktualnie spoczywał sobie na jego kolanach.
-Jesteś z siebie zadowolony?!-zapytałam wkurzona, a on uśmiechnął się lekko i pokiwał twierdząco głową. Z tej całej wściekłości zamachnęłam się i rozbiłam mu talerz na głowie.
-Aaaaał!-wydarł się Lou i natychmiastowo stanął na równych nogach, upuszczając kanapkę na ziemię.
-Co ty zrobiłaś?!-zapytał się przerażony Niall.
-Ja...-wydukałam tylko i spojrzałam po wszystkich.
-Ta biedna kanapka przez ciebie spadła na ziemię!-wykrzyknął Nialler i natychmiastowo podniósł ją i wcisnął sobie całą do ust.
-Czy ty jesteś nienormalna?! To nie ja cię pomazałem!-krzyknął Louis trzymając się za głowę.
-Ale... Jak to?-zapytałam całkowicie zbita z tropu.
-Bo to byłam ja.-wtrąciła niepewnie Angelika i uśmiechnęła się przepraszająco.
-Ja mam was dość! Najpierw dostaję od Angeliki, teraz od ciebie... Ktoś jeszcze chce mnie walnąć?!-wykrzyczał Louie i wybiegł z kuchni. Po chwili słychać było tylko trzask drzwi wejściowych.
-Chyba naprawdę się wkurzył.-skomentował Liam, a ja spojrzałam na niego spod byka.
-To wszystko przez ciebie.-powiedziałam i wskazałam na Andzię.
-Przeze mnie? To nie ja rozbiłam mu talerz na głowie.-broniła się oburzona szatynka.
-Ale to ty mi pomazałaś twarz.-burknęłam. Chwyciłam butelkę wody mineralnej stojącej na blacie i skierowałam się do łazienki. Przy pomocy wody umyłam sobie całą twarz, a potem nic niw mówiąc wyszłam z domu i skierowałam się do domu chłopaków. Obstawiam, że to właśnie tam znajdę Lou. Stojąc już pod ich drzwiami zapukałam głośno. Usłyszałam czyjeś kroki, a po chwili Louis otworzył mi drzwi.
-Chciałam przeprosić za ten talerz i w ogóle.-mruknęłam cicho i wbiłam wzrok w ziemię.
-Mogłaś się nieco pohamować.-stwierdził Lou.
-No mogłam, ale nie myślałam wtedy zbyt dużo.-wyjaśniłam i westchnęłam cicho.
-Okej. Wybaczam ci, ale ma mi to być ostatni raz.-powiedział i pogroził mi palcem.
-Oczywiście.-odparłam i uśmiechnęłam się szeroko.
-Wchodzisz, czy wracasz do siebie?-zapytał szatyn.
-Wracam do siebie. Też pójdziesz?-spytałam, a on pokiwał przecząco głową.
-No cóż... To do zobaczenia później.-powiedziałam i natychmiastowo pobiegłam do domu.
* z perspektywy Agaty *
-A gdzie to się było moja droga koleżanko?-zapytałam Karolinę, która właśnie pojawiła się w salonie.
-Byłam u Louisa, żeby go przeprosić.-wyjaśniła Karotka i usiadła na fotelu.
-I co? Wybaczył ci?-dopytywała Angelika.
-Tak, wybaczył.-odparła Karola i wzruszyła ramionami.
-A czemu nie przyszedł?-spytał Liam.
-Nie mam zielonego pojęcia. Może chciał pobyć sam? Każdy ma takie dni.-wyjaśniła Karolina, a Liam pokiwał głową.
-No to co będziemy robić?-zapytałam i uśmiechnęłam się lekko.
-Chodźmy na spacer.-zaproponował Harry.
-To byłby całkiem niezły pomysł.-stwierdziła Kinga.
-A więc idziemy!-powiedziałam i natychmiastowo wybiegłam na korytarz, by założyć buty. Po chwili każdy był już gotowy i spokojnie chodziliśmy sobie ulicami Londynu.
-Ej... Karolina.-szturchnęłam lekko szatynkę w bok.
-Co jest?-zapytała zdziwiona.
-Będziemy ich udawać.-powiedziałam cicho i wskazałam na idącego przed nami Zayna i Liama.
-Okej.-odpowiedziała Karotka i uśmiechnęła się szeroko. Po chwili zaczęłyśmy przedrzeźniać ich zachowanie. Reszta naszego towarzystwa dostrzegła to i zaczęła podśmiewać się pod nosem. Liam i Zayn byli nieco zdezorientowani. Za każdym razem kiedy odwrócili się w naszą stronę my udawałyśmy niewiniątka, które nic, a nic ni zrobiły, a kiedy już patrzyli przed siebie kontynuowałyśmy naszą zabawę. Po chwili jednak chłopcy odwrócili się gwałtownie, a my zastygłyśmy w obecnych pozach co wyglądało dość komicznie.
-No proszę, proszę...-powiedział Liam.
-Fajną sobie zabawę znalazłyście.-dorzucił Zayn i pokiwał głową z dezaprobatą.
-Taka tam zabawa.-wyjaśniła Karolina i uśmiechnęła się lekko.
-To może teraz my się tak pobawimy, co?-zapytał Liam i uniósł jedną brew ku górze.
-Nie ma takiej potrzeby.-odpowiedziałam i wyszczerzyłam się.
-Teraz idziecie obok nas.-powiedział Zayn i chwycił Karolinę za rękę ciągnąc ją do przodu. Liam też wyciągnął rękę w moją stronę, a ja z naburmuszoną miną chwyciłam ją i ruszyliśmy przed siebie.
-Ej patrzcie!-wykrzyknęła po chwili Ala.
-Co jest?-zapytałam zdziwiona, a ona wskazała mi ręką na park. Stała tam piątka znajomo wyglądających chłopaków...
---------------
No to jest czternastka, a jeśli chodzi o tą firankę... Ona nie podpaliła się w wielkim stopniu. Wypaliła się w niej zaledwie mała dziurka, ale biorąc pod uwagę panikarstwo głównych bohaterów akcji (ha, ha Karola) to zrobili z tego wielką aferę. :P